Po długim spacerze usiadłam na ławeczce ukrytej wśród drzew. Miejsce to przygotowali leśniczy z myślą o ludziach, którzy chcieliby podpatrzeć sekrety życia lasu.

Czekając cierpliwie w ciszy, można tu ujrzeć sarny, lisy, dziki, jelenia, a nawet łosia.

Dziś jednak po prostu usiadłam.

Usiadłam, by się zatrzymać.

Zaczerpnąć świeżego powietrza, poczuć zapach lasu, wczuć się w jego dźwięk, nasycić oczy jego pięknem.

Zatopiłam się w tych doznaniach.

W moim wnętrzu poczułam głęboki spokój, rozluźnienie, szczęście, bezpieczeństwo.

Nasyciłam się.

Po chwili zadumy otworzyłam oczy.

Widok niby ten sam, ten sam las, znajome miejsce, siedziałam tu nie raz. Uczucia też mi znajome.

A jednak.

Jednak poczułam się inaczej.

Wszystkie uczucia i widoki jakby się pogłębiły, wszystko stało się takie oczywiste…. jestem w Domu.

Poczułam miłość i radość, które płynęły z tego stwierdzenia.

Tak, dla mnie las, nie jest tylko miejscem, gdzie rosną drzewa, żyją zwierzęta, gdzie się spaceruje.

To mój Dom.

Moje miejsce.

Siedząc tu, wśród drzew czuję, że nie jestem sama, wszystko wokół mnie żyje, wszystko wokół mnie wyczuwa moją obecność.

Jest mi tak znajome i tak bliskie. Jest nieodłączną częścią mnie.

Od dziecka kontakt z naturą był codzienną częścią mojego życia.

 

las-dziewczynka-wiewiórka.jpg
fot.123rf.com

 

Weekendy spędzone na wsi, niezliczone godziny, dni, lata spędzone nad Wisłą, gdzie poznawałam każdy zakątek tej specyficznej flory.

Jej zapach, bujną roślinność, zaskakujące niespodzianki, czasem pułapki.

A wszystko u boku wielkiej rzeki.

Rzeki, która zawsze była, płynęła.

Niezliczone spacery po lasach i polach.

Poranki, dnie, wieczory i noce spędzone pod gołym niebem.

Byłam, doznawałam rytmu natury.

Zawsze to ze mną było.

I do momentu, gdy podczas pobytu w szpitalu i wynikającej z tego miesięcznej izolacji, zostało mi to zabronione, nie wiedziałam, jak jest dla mnie ważne.

Wtedy dopiero odczułam, jak bardzo związana jestem z naturą, jak istotna jest ona w moim życiu, jak bardzo jestem z nią połączona.

Myślę, że każda żywa istota potrzebuje tego kontaktu.

Nie sporadycznie, lecz stale, systematycznie.

Tak jak oddychamy, jemy, odpoczywamy.

Życie jest połączone z życiem.

Życie, by żyć, potrzebuje życia, potrzebuje zasilania życiodajną siłą.

Często obserwuję ludzi, widzę ich odłączenie, odłączenie od siebie samych, od ludzi wokół, czuje brak życia w nich.

Pochłonięci wykonywaniem  licznych codziennych obowiązków, tak bardzo zapętleni, zaganiani.

Czasem mam wrażenie, że sami nie wiedzą już, po co pracują, po co coś kupują … .

Sama znam doskonale ten stan zapomnienia.

Dzień goni dzień, tydzień goni tydzień, miesiąc goni miesiąc.

I tak mija rok, lata, całe życie.

Czasem jakiś urlop, kilka dni wolnego, święta albo chorobowe, choć w świecie magicznej pigułki nawet choroba nie potrafi nas zatrzymać.

Te kilka dni wolnych od pracy… żyjąc w takim pędzie, nawet nie umiemy ich doświadczyć, poczuć, nasycić się nimi.

Nic dziwnego, żeby zatrzymać taki pęd, droga hamowania powinna być dużo dłuższa.

Nawet jak uda się zwolnić to, co robimy?

Znów szukamy atrakcji na zewnątrz, zapychaczy.

Trudno jest nam pobyć sam na sam ze sobą.

Nie odnajdujemy się w tym, jesteśmy skrępowani, zakłopotani, jakbyśmy stali przy milczącej, obcej nam osobie.

No właśnie, nie znamy siebie samych.

Tak naprawdę nie wiemy, co lubimy, co daje nam radość, co sprawia przyjemność, jakie mamy pragnienia, czego chcemy doświadczyć.

Nie ma w tym nic dziwnego, cały czas goniąc za złudnym szczęściem i poczuciem bezpieczeństwa, nie daliśmy szansy sobie, by się poznać.

A jakby się okazało, że i poczucie bezpieczeństwa i szczęście są w nas i nie trzeba ich nigdzie szukać, zarobić na nie czy zasłużyć?

Jaką postać wtedy, przybrałoby nasze życie?

Jak wyglądałby nasz dzień?

Jak traktowalibyśmy naszą pracę, nasze ciało?

Na co przeznaczalibyśmy nasze pieniądze?

Zawsze można spróbować, by się dowiedzieć.

Nie traci się nic, a zyskuje wiedzę o sobie.

Moim zdaniem, bezcenne.

Sama doświadczyłam życia w pędzie, w gonitwie dnia codziennego, w gonitwie uczuć i nieustanie nakręcających się myśli.

Presji tego, że muszę, muszę, muszę.

Nawiasem mówiąc, a jakby tak zamienić MUSZĘ, na CHCĘ?

Od razu jest inaczej!

Wiem, jak trudno jest wtedy o kontakt ze sobą, jak bycie  w ciszy irytuje, a samotność nudzi.

Wiem, jak trudno jest wtedy się zatrzymać.

Wiem już też jednak, że to zatrzymanie się, jest tym, czego się najbardziej w tym momencie potrzebuje.

I tu znów wracamy do lasu.

 

las-droga.jpg
fot.depositphotos.com

 

Pamiętam, jak nachodziło mnie uczucie, potrzeba oddechu, spowolnienia, zatrzymania się właśnie.

Pamiętam, jak w moich myślach przychodził do mnie las, jak czułam wielką tęsknotę za nim.

Poszłam za tą tęsknotą.

Pamiętam też, moje pierwsze w tym okresie spacery.

Były krótkie, szłam szybkim, zdecydowanym krokiem, czułam rosnące we mnie emocje, a w mojej głowie kłębiły się miliony myśli.

Wracając do samochodu, nie byłam zrelaksowana, rozluźniona ani wyciszona.

Czułam jednak jakbym zaczerpnęła mały oddech i wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, zanim powrócę do moich pełnych radości i ukojenia wędrówek.

I tak było, po pierwszych dniach leśnej gonitwy, nadeszły dni powolnego odpuszczania.

Moje spacery były coraz dłuższe, krok spokojniejszy, oddech głębszy, emocje bardziej subtelne, a umysł bardziej ukojony i świadomie obecny.

I tak zostało.

W lesie jestem praktycznie codziennie, na tyle czasu, ile tylko uda mi się wygospodarować.

Tutaj się odprężam, powierzam swoje tajemnice, rozpoznaje moje prawdziwe uczucia, wczuwam się w to, co jest we mnie.

Każdy dylemat, ważny wybór, czy decyzja, którą mam  podjąć jest rozstrzygana w lesie.

Tu, w jakiś magiczny wręcz sposób, odpada ode mnie to, w co dałam się wkręcić, co nie jest, a przyjęłam za moje, co jest iluzją.

Tu, wyraźnie widzę, co jest życiem, a co tylko jego namiastką.

Tu, potrafię oddzielić to, co jest ze mną we współbrzmieniu, od tego,  co tylko mnie zagłusza.

Tu, się oczyszczam.

Tu, doznaję radości i zachwytu.

Tyle tu Życia, każdy listek, kwiatek, kropelka rosy, dźwięk ptaka, czy rechot żab.

Tyle tu świeżego, kojącego powietrza.

We wszystkim można się zatopić i być.

Być z tym wszystkim w sobie.

Nasycić się. Odżywić.

Napełnić życiem.

I czym częściej tu jestem i czym bardziej dbam o ten kontakt, tym wracając do pędzącego, codziennego, miastowego życia, nie daję mu się wchłonąć.

Nie jestem ja, która musi, tylko ja, która może i chce.

Niby taka mała zamiana ….. a zupełnie inne życie.

Prawdzie Życie.

Moja propozycja: )spacer w lesie, nad jeziorem, rzeką, po polu, nad morzem, czy w górach, wedle uznania czy możliwości.

W ostateczności może być też park, ale polecałabym jak najbardziej dziką naturę.

Uwierzcie mi, jest w tym wielka różnica.

Na początek 15-20 minut, CODZIENNIE.

Głęboko wierzę w to, że z czasem sami zaczniecie wydłużać czas swoich spacerów.

I jeszcze jedna ważna rzecz, spacer z bliskimi osobami jest bardzo radosnym czasem, ale w tym wypadku, gdy naszą intencją jest nawiązanie kontaktu ze sobą, niezbędne jest, byśmy na ten spacer zabrali, tylko lub, aż Siebie.

Niech to będzie prezent, dar od Ciebie dla Samego Siebie.

A czuła uwaga na swoją osobę, to najcenniejsze, co możesz sobie dać.

Nie musisz mi wierzyć na słowo, sprawdź : )

WSPARCIE NIEZALEŻNYCH PORTALI

*Niebieską czcionką zaznaczono odnośniki np. do badań, tekstów źródłowych lub artykułów powiązanych tematycznie.