Efekt przynęty to chwyt marketingowy, którego klienci bardzo często nie zauważają. Nawet nie wiedzą, że padają ofiarami tej marketingowej manipulacji, która to może i nie jest zbrodnią, ale w sprytny sposób wrabia niczego nieświadome osoby.

Sprytne robienie w konia

Można by rzec, że mało jest osób, które lubią wydawać, a więcej tych, które lubią mieć.

Na czym jednak polega różnica? Ano właśnie, już tutaj nie wiadomo do końca w czym rzecz.

Podobnie jest z wyborem, przed jakim stajemy przed sklepową ladą, czy w ulubionej kawiarni.

Zanim przejdziemy do wyjaśnienia samego mechanizmu i działania wabika, jakim jest efekt przynęty, postawimy pewne pytania.

Czy naprawdę sądzimy, że decyzje, które podejmujemy we wspomnianych miejscach, są w 100% naszymi?

Przecież są specjaliści, którzy dniami i nocami obmyślają rozkład półek sklepowych i rozmieszczenie produktów na ich półkach, dobierają odpowiednie zapachy, które rozpylane są przed wejściami centrów handlowych, aby przyjemniej się zaczynało zakupy, a co za tym idzie – aby jeszcze przyjemniej się wydawało pieniądze… brzmi trochę, jakbyśmy tracili nad sobą kontrolę.

Coś w tym zdecydowanie jest!

To wiemy, co kupujemy, czy też nie wiemy?

Profesor Dan Ariely wykładający w Instytucie Technologii w Massachusetts poruszył kwestię pozornego wyboru, twierdząc, że to, co jest nam podsuwane, jest mniej atrakcyjne niż pozostałe dwie, z czego ostatnia będąca najdroższą opcją – jak np. większe pudełko popcornu w kinie tylko złotówkę droższe niż średnie, albo kawa (już nie tylko w starbucksie, ale i innych, jak costa coffee, czy bardzo często – stacja benzynowa), wydaje się być strzałem w dziesiątkę.

Przecież jak mogę zjeść dużego hot-doga niewiele droższego niż średni, a z kolei ten mały jest już kilka złotych tańszy niż duży, a nawet średni, to czemu by nie skorzystać?

Najwyżej nie zjem całego, ale w razie jakby mi się jednak bardziej zachciało w trakcie, to mam wybór.

Małym się w ogóle nie najem, średni w sumie byłby w porządku, ale to tylko np. dwa złote mniej niż duży.

I już znamy odpowiedź na nurtujące pytania dotyczące wyboru.

Ariely argumentował to tak, że wabik ma za zadanie przekonać nas do wybrania opcji korzystnej dla sprzedawcy, wobec czego pokazuje nam, czego pozornie chcemy, a więc raczej czego powinniśmy chcieć.

Ten zabieg cenowy ma sprawić, że klient nie będzie umiał racjonalnie ocenić oferty jakiegoś produktu, co z kolei będzie bardzo korzystne dla sprzedawcy, który rzecz jasna, chce zarobić jak najwięcej.

Wychodzi zatem na to, że nie do końca posiadamy kontrolę nad podejmowaniem decyzji, a sposób spostrzegania i oceny dwóch wariantów jest zakrzywiony, co z kolei pokazuje, jak silny jest wpływ tego chwytu marketingowego.

Pozorny wybór, pozorna okazja

Reasumując, rzadko kiedy mamy szansę stanąć przed realnym wyborem.

Jeśli sami posiadamy wiedzę na wspomniany temat, to będzie łatwiej takowy podjąć. Jednakże sklepy, czy lokale gastronomiczne stawiają nas w sytuacji, w której niby mamy wybór, ale jednak podsuwane nam są propozycje, które skłaniają nas do wybrania opcji, która nam nie do końca się opłaca, ale im już tak.

Taka taktyka wydaje się być niewinną i całkiem sprawiedliwą, ale mając świadomość tego, że jeden produkt to ten, który ma zostać wybrany przez klienta, drugi to ten będący wabikiem, a ostatni to rywal, który ma udowodnić, że wybór tego najdroższego, tak czy siak, jest najlepszy, to spojrzenie na sprawę może być już całkowicie inne.

⇒ Czytaj także: MASOWE MANIPULACJE – NIE ŻYJESZ W ŚWIECIE, O KTÓRYM MYŚLISZ!

Wesprzyj niezależne media, pomóż nam przedzierać się z prawdą w gąszczu kłamstw i wszechobecnej propagandy ⇒ kliknij w link: https://www.odkrywamyzakryte.com/wiecej/

*Niebieską czcionką zaznaczono odnośniki np. do badań, tekstów źródłowych lub artykułów powiązanych tematycznie.