Piwo jest jednym z ulubionych napojów alkoholowych Polaków. Popyt na ten złoty napój rośnie w okresach letnich. Statystyczny dorosły Polak wypija w ciągu roku około 99 litrów piwa. Jakiego? Właśnie… najczęściej tego, które jest tanie, popularne i łatwo dostępne. Czy to dobry wybór? Niekoniecznie, bo okazuje się, że największe browary mają najwięcej piwnych grzechów na swoim koncie, a za niską ceną ukrywa się niska jakość…

Skład bez składu

Patrzymy na etykietę popularnego piwa i szukamy wymarzonego napisu „składniki: woda, słód, chmiel i drożdże”, a tam… nie ma składu.

I nie ma się, co dziwić, ponieważ producenci piwa, podobnie jak i innych alkoholi są zwolnieni z podawania składu.

piwo.jpg
foto.depositphotos.com

Jedyne, co koniecznie muszą podać to zawartość alergenów, dlatego też powszechnie spotykamy napis „zawiera słód jęczmienny” skierowany głównie do osób chorych na celiakię i wystrzegających się glutenu.

Niepełny skład podany na etykiecie to także ostrzeżenie dla konsumenta, że producent  nie ma się, czym pochwalić i po prostu coś ukrywa.

Zwykle pełne składy podają tylko małe, lokalne browary, gdzie rzeczywiście piwo warzone jest w zgodzie z tradycyjną recepturą.

Niska cena – niska jakość

Czy dobre piwo może kosztować 2 zł?

Niestety nie.

Niska cena oznacza tzw. kompromisy jakościowe, czyli coś za coś.

W przypadku najtańszych piw producenci muszą oszczędzać na ich jakości, dlatego też najczęściej oszukuje się na składzie.

Wbrew powszechnemu przekonaniu to nie chmiel, a właśnie słód jęczmienny jest najważniejszym i w zasadzie najdroższym surowcem przy produkcji piwa, który odpowiada za jego jakość i cenę.

piwo.jpg
foto.depositphotos.com

Jeśli piwo jest tanie, to niewątpliwie słód jęczmienny został zastąpiony tańszym zamiennikiem, np. ryżem, grysikiem kukurydzianym, cukrem lub syropem glukozowo-fruktozowym).

I o ile w niektórych rodzajach piwa dopuszczalne jest dodanie nawet 50% surowców niesłodowanych (np. belgijskim piwie pszenicznym witbier), o tyle w innych jest to jawne oszustwo.

Poza tym niska cena to oszczędność na mocy, czyli zawartości ekstraktu słodowego w piwie.

Im go więcej, tym wyższy podatek musi płacić producent, czyli krzywda dla browaru, ale jednocześnie jego mniejsza zawartość to pokrzywdzenie konsumenta, bo im mniej ekstraktu, tym piwo jest słabsze.

Dlatego też niektórzy producenci nie chcąc tracić na mocy trunku, ale przy okazji chcąc oszczędzić koszty jego produkcji, podczas procesu fermentacji dodają odpowiednie (także sztuczne) enzymy, które zwiększą zawartość alkoholu.

Oszczędne metody produkcji

Oszukiwać można również na samym procesie produkcji.

Duże browary dumnie reklamują swoje procesy produkcyjne, ale zastanówmy się – czy w pogoni za zyskiem, można oczekiwać tego, że piwo leżakowało w dębowych beczkach.

piwo.jpg
foto.depositphotos.com

Cóż… takimi osiągnięciami mogą pochwalić się raczej małe, lokalne browary, gdzie liczy się jakość i tradycyjna receptura warzenia każdego rodzaju piwa.

Największe browary stosują natomiast metodę HGB (High Gravity Brewing), w której warzy się gęstą brzeczkę, a następnie rozcieńcza się ekstrakt wodą do wymaganego stężenia cukru i mocy.

Dzięki takiej metodzie można uzyskać więcej piwa z jednego warzenie i jednocześnie z jednej brzeczki wyprodukować kilka rodzajów piwa różniących się ekstraktem.

Tradycyjnie powinno się warzyć każde piwo oddzielnie, dlatego jesteśmy po prostu oszukiwani, otrzymując niepełnowartościowy produkt, czyli piwo rozcieńczone wodą.

Oszczędności szuka się również w procesie leżakowania.

Zamiast trzy miesiące piwo leżakuje tydzień (a nawet i krócej), bo czas to pieniądz, bo także brakuje samego miejsca do jego przechowywania.

Wtedy smak w dużej mierze wzmacniany jest aromatami, a proces fermentacji przyspieszany sztucznymi enzymami.

Jak widać w przypadku piw, niska cena nie idzie w parze z dobrą jakością, dlatego zamiast dwóch piw po 2 zł, lepiej wypić jedno, droższe, ale za to prawdziwe…

WSPARCIE NIEZALEŻNYCH PORTALI

Zapisz się do subskrypcji
otrzymuj powiadomienia o nowych artykułach