Przez długi czas nie potrafiłem się pozbierać. Wszystko straciło dla mnie sens i nie umiałem porozumieć się z otaczającymi mnie ludźmi. Byłem wykończony emocjonalnie i psychicznie i kontakt z ludźmi ograniczałem do minimum. I tak nie miałem o czym rozmawiać z innymi ludźmi, ponieważ mnie nie interesowało to, co interesowało innych ludzi, a innych nie interesowało to, co interesowało mnie.

Przygnieciony emocjami, czułem się jakbym był na dnie oceanu.

Jakby ciśnienie nie pozwalało mi wydostać się na powierzchnie i zaczerpnąć powietrza.

Nie raz miałem wrażenie, jakbym się dusił.

Pogrążony w depresji obwiniałem to całe przebudzenie o wszystko, co mnie w życiu spotkało.

Nie rozumiałem tego, dlaczego, skoro tak bardzo się staram i tyle pracy wkładam w zrozumienie tego, w dzielenie się wiedzą, którą zdobyłem, dlaczego w moim życiu jest coraz to gorzej.

Coraz mniej interesowały mnie dobra materialne i pieniądze, a coraz większą uwagę zwracałem na przyrodę, w której potrafiłem wyciszyć umysł i przez chwile odnajdowałem spokój.

Nauczyłem cieszyć się tym, że są drzewa i śpiewają ptaki, że świeci słońce i pada deszcz, że jest ciepło i zimno.

Najprościej mówiąc, nauczyłem cieszyć się wszystkim.

Rozumiejąc coraz lepiej, że wszystko jest przejawem Boga na ziemi, zacząłem dostrzegać dzieło jego stworzenia.

Zacząłem widzieć przejaw jego doskonałości i zacząłem nazywać Go Wielkim Architektem Wszechświata.

Patrząc na drzewa, widziałem fraktalne struktury.

Słysząc śpiew ptaka, słyszałem hymn pochwalny śpiewany specjalnie dla Boga.

Widząc kolory kwiatów i czując ich zapachy, zachwycałem się ich złożonością i niepowtarzalnością.

Coraz bardziej docierało do mnie, jak to wszystko jest doskonale zaprojektowane, specjalnie dla nas, abyśmy mogli doświadczać życia w tak prosty i majestatyczny zarazem sposób.

Odizolowałem się od ludzi i stałem się outsiderem.

Przebywanie pomiędzy ludźmi było dla mnie męczące, ponieważ czułem się samotny.

Wiedziałem, że nikt mnie nie rozumie, dla tego odpuszczałem sobie podejmowanie jakichkolwiek tematów.

Wystarczyło mi jedno spojrzenie w oczy, aby wiedzieć, czy będę miał o czym rozmawiać z daną osobą, czy nie.

W pewien sposób miałem wrażenie, jakbym czytał w myślach innych ludzi.

Zacząłem dostrzegać w ludziach schematy, którymi się kierują.

Już w pewien sposób nie widziałem ludzi, ale programy, którymi się kierowali, które zostały im wgrane.

Im lepiej poznawałem siebie, tym więcej wiedziałem o innych.

Zacząłem ufać swojej intuicji, ponieważ zrozumiałem, że ludzie nigdy nie wyjawią mi prawdy.

Ja byłem już na tyle wolny, że pozwalałem czytać siebie jak otwartą księgę, mając w ten sposób wgląd w innych ludzi, ale oni nigdy nie chcieli przyznać mi racji.

Najprościej mówiąc, widziałem maski.

Było to dla mnie i w sumie dalej jest, śmieszne i jednocześnie frustrujące, ponieważ wciąż nie mogę zrozumieć, po co i dlaczego ludzie grają.

Medytacja z lustrem

Poznanie samego siebie było procesem, który zaczął się podczas medytacji z lustrem.

Przy przyciemnionym świetle i rozszerzonych źrenicach po łatwo dostępnym extazy.

Zajrzałem w ten sposób w głąb swojej duszy.

Doświadczyłem dzięki temu jedności z wszechświatem i wszystkimi żyjącymi istotami.

Choć minęło kilka lat od tego doświadczenia, nie umiem wciąż tego opisać i w żaden sposób wyrazić.

Czas się zakrzywił, a ja miałem wrażenie, jakbym rozpłynął się w wieczności.

Poczułem w sobie nieopisaną miłość, a przez całe moje ciało zaczęła płynąć energią, wprawiając mnie w drżenie.

Był to orgazm na nieopisaną skalę.

Leżąc, rozpływałem się w ekstazie, wiedząc, że doświadczam czegoś mistycznego, zatraciłem się w tym.

Doświadczyłem czegoś więcej niż po prostu odlotu po narkotykach.

Powtarzałem trip z lustrem wielokrotnie, jednak już nigdy nie powtórzyło się to doświadczenie.

Nigdy w takim stopniu.

Patrząc się sobie w oczy, dostrzegłem wiele swoich twarzy, albo wiele wcieleń, nie wiem jak to opisać.

Widziałem różne postacie, z różnych kultur, a także takie, nie z tego świata.

Widziałem siebie w postaci demona, jak i anioła i zrozumiałem wtedy, że wszystko jest we mnie.

Zarówno to, co najlepsze, jak i to, co najgorsze.

Najgorsze było to, że nie mogłem tego nikomu powiedzieć.

Z nikim nie mogłem na ten temat porozmawiać.

Ech…, jak tak sobie o tym teraz pomyśle, to najgorsze jednak jest to, że ja w dalszym ciągu nie mam z kim o tym porozmawiać, ponieważ mam świadomość tego, jak ludzie postrzegają to, co mówię.

To, co się zmieniło, to że mogę o tym dzisiaj mówić i nie interesuje mnie co myślą o mnie inni ludzie.

Samotność, choć chyba najgorsze co może być w życiu, dała mi też siłę.

Stałem się wolny od opinii innych ludzi i to ja decydowałem o tym, z kim chcę dzielić swój czas.

Wolałem spędzać czas samotnie, ponieważ wtedy, o ironio, nie czułem się samotny.

Autor: Adrian Jaroszewski

MANIFEST PRZEBUDZONEGO CZŁOWIEKA – CZĘŚĆ III (ZE SKRAJNOŚCI W SKRAJNOŚĆ)

WSPARCIE NIEZALEŻNYCH PORTALI

*Niebieską czcionką oznaczono odnośniki np. do badań, tekstów źródłowych lub artykułów powiązanych tematycznie.