Żyłem ciągle na emocjonalnej huśtawce. Popadałem w zachwyt i za chwilę w przygnębienie. Nie wiedziałem co mam zrobić, tym bardziej że nie trwało to kilka miesięcy, a kilka lat. Obserwując w międzyczasie, jak wygląda to u innych „przebudzonych” na Facebooku, widziałem ludzi wiecznie uśmiechniętych, radosnych i pełnych życia. Nie rozumiałem co się ze mną dzieje. Nie rozumiałem, dlaczego tylko jak czuje się jak na jakiejś ekstremalnej karuzeli emocjonalnej, na której zapomniano zainstalować hamulca.

To wszystko jeszcze bardziej izolowało mnie od ludzi, ponieważ nawet w grupach o takim samym zainteresowaniu, czyli związanych z duchowością, przebudzeniem, czy świadomością, czułem się samotny.

Próbowałem nawiązywać kontakty, jednak nic z tego nie wychodziło.

Łatwo wpadałem w zachwyt, by za chwilę, znowu czuć, jakby jakiś piekielny ogień trawił mnie od środka.

Huśtawka emocjonalna to było jedno.

Kolejna zabawa była zabawą, w której wiem wszystko i za chwilę nie wiem nic.

To był obłęd.

Mówi się, że od nadmiaru głowa nie boli, ale ja twierdzę, że jest inaczej.

Mnie bolała głowa od nadmiaru wiedzy i z powodu braku zrozumienia.

Zrozumienie jednak to wciąż nie to samo co mądrość, ponieważ dopiero mądrość pozwala na właściwe wykorzystanie zdobytej wiedzy i zrozumienia.

Czy zdobyłem już mądrość?

Sam nie wiem.

Mam wrażenie, że im więcej wiem, tym wiem mniej.

Jednak to pozwoliło mi zrozumieć, że wszystko jest możliwe.

I tu pojawił się kolejny problem.

Co z tego, że wiedziałem, że wszystko jest możliwe, skoro nie mogłem nic zrobić ze swoim życiem.

Wciąż brakowało mi zrozumienia.

Wszystko jednak zmieniło się kilka dni temu, efektem czego jest pisanie obecnie tej książki, starając się mądrze wykorzystać zdobytą wiedzę i podzielić się swoimi doświadczeniami, tak, aby dały zrozumienie każdemu, kto przeczyta tę książkę.

Zmiana stylu życia

Gdy zaczęło się moje przebudzenie, zacząłem także zwracać uwagę na to, jak się odżywiam.

Zacząłem od zrezygnowania ze słodzonych napoi, wszelkich fast foodów i niezdrowych przekąsek, odstawiłem także alkohol i tytoń, i po około 2 miesiącach przeszedłem na wegetarianizm.

Odstawiłem także białe pieczywo, makarony i jadłem tylko warzywa, owoce, kasze, ryże, orzechy i nabiał.

Zmieniłem sól ze zwykłej na himalajską, zacząłem używać oleju kokosowego, pasty bez fluoru i w sumie wywróciłem cały swój świat do góry nogami.

To wszystko sprawiło, że w połączeniu z medytacją i samorozwojem oraz stosowaniu techniki patrzenia się w słońce o świcie, albo o zachodzie, moja waga spadała regularnie o około 15 kg rocznie.

W ten sposób w dwa lata z około 120 kg, spadłem do 90 kg.

Czułem się dużo lepiej, dużo więcej spacerowałem i w zasadzie las zaczął stawać się moim drugim domem.

Jednak to wszystko sprawiło, że moja wibracja bardzo mocno podskoczyła w niedługim czasie, a ja nie byłem na to gotowy.

I tak oto, po chwili świetnego samopoczucia i obserwacji tak wielu pozytywnych zmian w moim życiu, wszystko runęło.

Teraz wiem, że tak musiało być.

Wtedy jednak półroczna depresja odebrała mi kolejne 10 kg a po chwili doszła operacja, podczas której byłem bliski śmierci i tak straciłem kolejne 10 kg.

I tak z 90 kg spadłem do 70 kg i uwierzcie mi, że wcale to nie było dla mnie dobre, ponieważ mam 186 cm wzrostu i ważąc 70 kg, wyglądałem jak chodzące kości.

Co do mojej operacji, to mógł być to tylko zabieg wycięcia wyrostka, ale tak długo zwlekałem z pojechaniem do szpitala, że gdy już tam się znalazłem, okazało się, że wyrostek dawno pękł, co zamieniło zwykły zabieg w operację czyszczenia jamy brzusznej z zagrożeniem życia.

Okazało się, że dokonałem zbyt drastycznych zmian w swoim życiu, na które nie byłem zwyczajnie w świecie gotowy.

Wróciłem po pewnym czasie do jedzenia mięsa, aby odbudować tkankę mięśniową i aby świadomie obniżać swoje wibracje.

Zacząłem rozumieć, że to nie jest zabawa i zdałem sobie sprawę z tego, jak wszystko ma ogromne znaczenie.

Dwa lata zajęło mi wracanie do formy i potrzebuję jeszcze jednego roku, żeby doprowadzić ciało do pożądanego stanu.

Odcięcie się od systemu

Kolejną moją skrajnością i chyba najciekawszym tripem, jaki do tej pory doświadczyłem, było całkowite odcięcie się od systemu.

Ogromna niechęć do pracy, w połączeniu z brakiem chęci do życia i czegokolwiek, które miały miejsce około 2 miesięcy wcześniej od chwili kiedy piszę tę książkę, spowodowały, że pozbyłem się wszystkiego i zamieszkałem na ulicy.

Wolałem mieszkać na ulicy, rezygnując z opłat za mieszkanie, z samochodu i wszelkich dóbr, zamiast pójść do pracy.

Do tego wszystkiego, żeby na pewno nie pójść do pracy, gdyby przyszedł mi taki pomysł do głowy, zniszczyłem wszystkie swoje dokumenty.

Spędziłem w ten sposób na ulicy miesiąc na przełomie lutego i marca, i był to najgorszy i najlepszy jednocześnie czas w moim życiu.

Dzięki temu doświadczeniu zakorzeniłem się bardzo w „tu i teraz”.

Nie liczyło się dla mnie nic, poza tym, żeby zorganizować sobie jedzenie na dany dzień i nocleg.

Nie myślałem co będzie jutro, jaki jest dzień, nie interesowało mnie nic, tylko to, aby przetrwać dzisiaj.

Nie ukrywam, nie był to łatwy czas.

Błąkanie się bez celu, marznięcie i wiele nieprzespanych nocy na dworcu kolejowym, to był koszmar.

Ale powiem szczerze, że nie zamieniłbym tego miesiąca na żaden pięciogwiazdkowy hotel all inclusive.

Nic mi nie dało takiej siły i był to dla mnie punkt „0”, od którego mogłem zacząć nowe życie.

Mogłem zacząć od „zera”, ponieważ pozbyłem się wszystkiego, co mnie blokowało, zostawiając sobie tylko trochę ciuchów i nic więcej.

Stałem się wolny.

I nie ukrywam, ale dało mi to także ogromne zrozumienie dla innych ludzi, którzy żyją w ten sposób.

Zawsze miałem zrozumie dla innych i nigdy nikogo nie traktowałem z góry, bo wiedziałem, jak w życiu potrafi być ciężko.

To doświadczenie jednak pozwoliło mi na własnej skórze doświadczyć trudu życia na ulicy i tego, jak ciężko jest się podnieść, gdy już tam się znajdziesz.

I nie będę ukrywał, ale gdyby nie pomoc ze strony rodziny, którą ponownie otrzymałem, być może już zostałbym tam, albo skręciłbym w inną ścieżkę, która zaprowadziłaby mnie donikąd.

Jednak miałem już w sobie wyrobione coś, co można nazwać niezachwianą wiarą.

Życie na ulicy traktowałem jako doświadczenie, jako ciekawą przygodę, którą mogłem doświadczyć teraz fajnie wspominać.

Wiedziałem też, że wszystko się jakoś ułoży, nie wiedząc jak.

Tak jak pisałem, miałem i mam już w sobie niezachwianą wiarę i w pełni ufam temu, który prowadzi mnie życie.

Stworzenie w sobie niezachwianej wiary powstało dzięki umacnianiu wiary, czyli traceniu wiary i odzyskiwaniu jej.

To były kolejne skrajności, w które popadałem w trakcie mojego kilkuletniego wybudzania się.

Za każdym razem, gdy traciłem wiarę i miałem tego wszystkiego serdecznie dosyć, odzyskiwałem ją mocniejszą.

I choć dalej zdarza mi się odczuwać zmęczenie tym wszystkim, co mnie wciąż spotyka, to nie tracę już wiary.

Obserwuje swój progres od pięciu lat i widzę zmiany, które zaszły u mnie i nie wątpię już, że wszystko, co mnie spotkało w życiu, musiało się wydarzyć, abym mógł być dzisiaj osobą, którą jestem.

MANIFEST PRZEBUDZONEGO CZŁOWIEKA – CZĘŚĆ II (SAMOTNA PODRÓŻ KU SOBIE)

MANIFEST PRZEBUDZONEGO CZŁOWIEKA – CZĘŚĆ IV (JESTEM, KTÓRY JESTEM)

WSPARCIE NIEZALEŻNYCH PORTALI

*Niebieską czcionką oznaczono odnośniki np. do badań, tekstów źródłowych lub artykułów powiązanych tematycznie.