Jaka jest rola kryzysu w rozwoju duchowym? W każdym procesie zdarzają się tak zwane „słabsze dni”. Dni, w których kompletnie nie czujemy mocy. To, co kiedyś przychodziło nam z łatwością, staje się nieosiągalne. Czujemy emocjonalne wypalenie, nie mamy ochoty nawet myśleć o działaniu, najchętniej zwinęlibyśmy się w kłębek, zapadli w letarg i obudzili się w rzeczywistości, w której na powrót wszystko przychodzi nam lekko, działamy z przejęciem i pasją.

Umówmy się – życie ma różne odcienie.

Płyniemy w sinusoidalnej rzece, która ma swoje amplitudy po obu stronach mocy.

W zależności od tego, jak daleko posunięci jesteśmy w swoich procesach rozpoznania, chwile zwątpienia przyjmujemy różnie.

Zależnie od tego, czy są przy nas bliscy, czy posiadamy narzędzia na trudne momenty, możemy stawić im czoła, bądź pogrążyć się w nich i przeżywać je całymi sobą.

W chwilach kryzysu – bo tak należy uczciwie je nazwać – pokazujemy często prawdziwy hart ducha.

Niejednokrotnie jednak uważamy je za słabość i nie wyrażamy na nie zgody.

Buntujemy się, co nie pozwala nam czerpać z nich w pełni.

Prawdą jest jednak, że do końca przeżyty i zaakceptowany kryzys jest dosłownie podwójnym doładowaniem dla naszego wzrostu.

W myśl zasady „co nas nie zabija, to nas wzmacnia”, po każdym jednym oddaleniu z drogi, którą idziemy we wzroście, powrót na nią jest spektakularny.

Nie istnieje na planecie osoba, która nie przeżywa swoich kryzysów na różnych płaszczyznach życia.

W rozwoju jest tym trudniej, ponieważ nasze cele często nie są tożsame z celami ogółu.

Płyniemy niejako pod prąd, nie jesteśmy zasilani przez innych, odgrywamy rolę samotników w systemowym nurcie i stąd czasem mamy tendencję do podważania naszych dotychczasowych dokonań.

Możemy angażować w nasze chwile słabości idee faz księżyca, znaków zodiaku, szerokiej astrologii czy horoskopów, ale łatwiej przyjąć po prostu, że są one nierozerwalnie połączone z procesem samym w sobie.

Dzięki kryzysom dowiadujemy się o sobie najwięcej.

Zdobywamy niezbędne doświadczenie, które z tysiąckrotnym pomnożeniem zaprocentować może w przyszłości, w chwilach, kiedy będziemy zmuszeni podejmować kluczowe z punktu widzenia życia, decyzje.

Kryzysy nas hartują, wymagają od nas poświęcenia w szukaniu rozwiązań, często pozwalają nam upadać, czasami naprawdę nisko, a praca, którą musimy wykonać, aby się podnieść, staje się autentycznym skarbem w perspektywie ciągłego  rozwoju.

Będąc w kryzysie, bardzo trudno o obiektywną ocenę sytuacji.

fot.123rf.com

Emocjonalny dół i roztargnienie, zapętlenie i zamknięcie się na swoje wewnętrzne demony jest ciemnią, z której często nie można wyjść o własnych siłach.

Emocjonalne “przepełnienie buforu”, często ma objawy czysto somatyczne w postaci braku energii, chęci do działania, braku w ogóle jakiegokolwiek parcia do zrobienia czegokolwiek.

Człowiek zawoalowany jest poczuciem bezsilności i beznadziejności. W skrajnych przypadkach te objawy przypominają stany depresyjne i nic bardziej mylnego – tym są w istocie.

Jako istoty bardzo emocjonalne, w kryzysie narażeni jesteśmy również na nieświadomą autoagresję z poziomu myślowych mechanizmów.

Nasz wewnętrzny krytyk jest skrajnie rozhulany, wokół siebie widzimy tylko potwierdzenia faktu, że nic nie ma sensu.

Dlatego tak istotne jest, by zaopatrywać się w narzędzia, które w trudnej chwili przyjdą nam z pomocą.

Nieoceniona może tutaj okazać się po prostu rozmowa.

To nie jest oczywiste, ale nawet największe emocjonalne napięcie, można rozładować po prostu nazywając trafnie rzeczy, które na dany moment się z nami dzieją.

Często wyrzucenie wszystkiego, co „leży nam na wątrobie” jest cudownym remedium na nasz stan psychofizyczny.

Warto mieć pod ręką również inne „regulatory” emocjonalne.

Świetnym sposobem jest szeroko pojęta aktywność fizyczna.

Bardzo pomocne okazują się tutaj wszelkie formy wyrazu, które jawią się jako nasza osobista ekspresja – malowanie, pisanie, śpiew – wszystkie formy, w których niejako spełnia się nasza dusza.

Każdy może znaleźć swoje własne narzędzia wyrwania się z matni.

Najważniejsze jednak jest, abyśmy mieli świadomość, że jako ludzie, mamy prawo przechodzić kryzysy.

Są one zupełnie naturalnym stanem, szczególnie w momentach, kiedy wypływamy na nieznane wody, a takimi na pewno są te z zakresu duchowego rozwoju.

Pogłębianie wiedzy o sobie i o świecie często bywa przytłaczające.

Otwieranie coraz to nowych puszek pandory, zrywanie zasłon nieświadomości, niepowodzenia, oczekiwania, niespełnione fantazje – powodów może być bardzo wiele.

Nasza jednak odpowiedzialność, by nie wchodzić w nie całymi sobą, by nauczyć się rozpoznawać, kiedy kryzys nadchodzi i nauczyć się jak sobie z nimi radzić.

Gotowość do podjęcia walki o swoją emocjonalną stabilność jest tożsama z gotowością do wejścia w nowy etap rozwoju.

Tylko od nas zależy, czy potraktujemy kryzys jako zagęszczoną formę lekcji o sobie, swoisty „egzamin przejściowy”, czy załamiemy się pod naporem czarnych chmur i utoniemy w morzu użalania się nad sobą i zbrodniczym losem.

Wszystko to nasza perspektywa.

A człowieka poznaje się po tym, jak kończy.

Pamiętajcie, to co się dzieje, zawsze dzieje się po coś.

Czytaj także: ROZWÓJ DUCHOWY – DLACZEGO WARTO O NIEGO ZADBAĆ?

WSPARCIE NIEZALEŻNYCH PORTALI

*Niebieską czcionką zaznaczono odnośniki np. do badań, tekstów źródłowych lub artykułów powiązanych tematycznie.