W bólu i cierpieniu zawiera się cała puszka pandory. Boimy się ich, za nic w świecie nie chcemy ich przeżywać. Nauczono nas, że ból jet czymś złym, że cierpią jedynie słabi. W zależności od tego, gdzie się wychowaliśmy i jakie wartości wpoili nam nasi rodzice, jesteśmy w stanie z mniejszym bądź większym naciskiem bronić swojej enklawy braku cierpienia.

Świat jednak wciąż wymusza na nas wychodzenie ze strefy komfortu i ostatecznie z całym impetem wyrzuca nas poza nią, a my stajemy nadzy, odarci ze złudzeń.

System nauczył nas, że wszelkie trudne emocje są niechciane i niepożądane.

Wynika to z mentalnego wartościowania świata na dobre i złe.

To, co przyjemne – jest dobre, a co trudne i nieprzyjemne – złe.

W tym szaleństwie pogubiła się już cała ludzkość, kolektywnie, ale to zupełnie inny temat.

W strachu przed przeżywaniem trudnych emocji jesteśmy zdolni do wszelkiej maści forteli.

Stąd biorą się na przykład uzależnienia, tak przecież powszechne w naszym świecie.

Uzależnienia absolutnie od wszystkiego – od narkotyków po jedzenie kory drzew (serio, jest takie uzależnienie).

Sam mechanizm uzależnienia nie polega na niczym innym, jak na osiąganiu określonego emocjonalnego stanu – euforii, ekstazy, złości, gniewu, żalu – który wydaje się nam niezbędny do przetrwania.

Z tego czerpiemy energię, tak odżywia się nasze ego.

Problem zaczyna się, gdy dostrzegamy, że pewne działania na zewnątrz przestają działać.

Przestają spełniać swoją funkcję, a my musimy starać się ciągle i więcej, by uzyskać wcześniejszy efekt.

Za łaskę możemy uznać, jeśli nasze działania doprowadzą nas do punktu, w którym życie wokół zupełnie straci swój blask i stanie się na tyle nieprzyjemne, że nasza codzienność będzie daleka od jakiegokolwiek poczucia komfortu.

Narkomani, alkoholicy, hazardziści, seksoholicy budzą się z reguły (jeśli w ogóle), z ręką w nocniku.

Ich życie jest w kompletnej ruinie, gdy orientują się co właściwie się stało.

Często, aby się otrząsnąć, potrzebują konfrontacji z bliską śmiercią.

To jedna strona metalu.

Drugą jest cierpienie, wynikające z odpuszczenia swojej wizji świata.

Kiedy odkrywamy, że nasze przebudzenie było jedynie zagrywką naszego ego i jesteśmy zdolni pochylić się nad tym, że kolejny etap może być niezwykle bolesny, zaczynamy prawdziwy, rzeczywisty i realny proces poddania się.

Nie ma jednoznacznej recepty, w jaki sposób ego dowiaduje się o tym, że jest ego.

Nie ma jednoznacznej recepty na to, jak przekonać ego, by odpuściło.

Czy jest to w ogóle potrzebne? Czy jest to w ogóle możliwe?

W tym miejscu zaczyna się zabawa w świadomą pracę z samym sobą.

W urealnienie swojego położenia.

Tutaj zaczyna się kolejny etap fałszywego przebudzenia.

TAK ZWANEGO przebudzenia.

Z obsesyjnej zabawy szukania na zewnątrz zabieramy się w obsesyjne rozmontowywanie i rozpoznanie wewnątrz. Wyższy level gry.

Rozpoznanie jej to kolejny poziom wtajemniczenia. Ale może przychodzi to łatwiej?

Znając tryb funkcjonowania naszej egotycznej tożsamości, możemy z pewną dozą prawdopodobieństwa zakładać, że będzie ona próbować się bronić w każdych zewnętrznych warunkach, dlaczego więc nie mielibyśmy zamienić kosmitów na przestrzeń serca, reiki na prawo przyciągania, a jasnowidzów na poczucie łączności ze źródłem?

To etap w procesie. Ważny i niezwykły.

Często, posiadając już doświadczenie, że szukanie w ideach zewnętrznych jest dla nas zupełnie niewystarczające i niesatysfakcjonujące, jesteśmy również o wiele bardziej uważni i zdolni do samoobserwacji.

Widzimy zatem całe mury, zakosy, szeregi przywar, powinności i programów systemu, które stanowią o nas bolesną prawdę.

Często może grozić nam totalne zagubienie, połączone z ogromnym cierpieniem.

Poczucie rozproszenia. Niewiedzy kim się jest.

Zdanie sobie sprawy z faktu, że w istocie – cała nasza tożsamość jest jedynie zbiorem pewnych wyuczonych wcześniej zachowań – może okazać się dla nas nie do zaakceptowania.

Musisz pamiętać, że jakkolwiek nie cierpisz w tym etapie, cierpienie tutaj wynika jedynie z przywiązania twojej egotycznej tożsamości do pewnego zestawu idei.

Cierpienie zawsze wynika z przywiązania.

Nie ma złej i dobrej drogi przejścia przez proces przebudzenia.

Każdy przejdzie ją indywidualnie i w swoim własnym czasie.

Nie ma możliwości zrealizowania złej ścieżki drogi życia, tak samo, jak nie ma możliwości wskazania jakiegokolwiek błędu w samej strukturze funkcjonowania Wszechświata z naszego punktu widzenia.

Wszechświat jest samodoskonalącym się bytem.

Traktuj ten tekst jedynie jako pewien model wynikający z doświadczeń autora.

To swoiste wrzucenie do bulgocącego garnuszka idei nowego, autentycznego z racji doświadczenia, spojrzenia.

Jedyne co może zmienić się w procesie, który i tak każdy z nas przejdzie, to zagęszczenie i ilość kropek, jakie uda się połączyć w okresie trwania jednego życia.

Im gęściej będziemy w stanie postępować w swoich własnych procesach, tym większą korzyść nasze życie przyniesie nam samym oraz ludzkiemu kolektywowi planety.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym jest przebudzenie.

Jedni mówią, że jest to umiejętność nieoczekiwania niczego, obfitość spływająca na doświadczającego życia z samej zasady jego pełni i dostępności w każdym momencie.

Uwolnienie się z zakosów umysłu i dualnej potrzeby osądzania rzeczywistości.

Poczucie jedności i łączności z Wszechświatem.

Inni powiedzą, że połączenie z duszą, Bogiem, jeszcze inni, że święty spokój.

Jakkolwiek go nie nazwiesz i nie spróbujesz zdefiniować, nadal będzie to swoista ocena.

No i w porządku. Bądźmy życzliwi dla innych.

Pamiętajmy, że każdy z nas ma swoje własne, wewnętrzne emocjonalno-mentalne zawody.

Wszyscy gramy do jednej branki, choć pozornie, czasem, może wydawać się inaczej.

Z miłością.

Czytaj także część I i część II

♦ Zareklamuj światu swoją działalność, produkty, miejsce, wydarzenie itd. – dodaj ogłoszenie KLIK

♦ Odkrywaj zakryte z nami, wspieraj rozwój portalu KLIK

♦ Współpraca reklamowa na portalu [email protected]

*Niebieską czcionką zaznaczono odnośniki np. do badań, tekstów źródłowych lub artykułów powiązanych tematycznie.