W zależności od tego, jakimi ludźmi jesteśmy, w jakim środowisku przyszło nam się wychowywać, w jaki sposób przebiegał sposób kształcenia się naszej osobowości, mieliśmy, przynajmniej teoretycznie, różne możliwości rozwoju. Chcąc nie chcąc, zostaliśmy jednak wtłoczeni w świat, który wymagał od nas określonych podstaw.

Podczas kształtowania się naszych energetyczno-myślowych wzorców, kiedy tak naprawdę byliśmy niewinni i bezbronni, nikt nie stanął w naszej obronie i nie powiedział, że kierunek, w którym idziemy, jest błędny.

Nie pokazał nam, że oprócz drogi uwarunkowania się od swoich myśli, istnieją tez inne opcje.

Odrzuciliśmy więc swoje emocje.

Zmarginalizowaliśmy tę część swojej istoty, która odpowiada za kreatywną ekspresję, eskalację w poczuciu pełni i sprawczości.

W zamian wymuszono na nas poddaństwo i zaprogramowano nas na analityczną ignorancję.

Nauczono, że w istocie – nasze emocje – wynikają bezpośrednio z poczucia braku, który odnosi się do czegoś, co znajduje się na zewnątrz nas.

Nauczyliśmy się nie brać odpowiedzialności za swój los wprost w mistrzowski sposób, zupełnie nieświadomie oddając ją na każdym kroku.

Nie zastanawiamy się, jakie są rzeczywiste powody naszego egzystencjalnego bólu, cierpienia, trudności, złości, frustracji, gniewu.

Nie wiemy, skąd czasem budzi się w nas przemożna chęć, by wziąć w objęcia osobę, która cierpi.

Spłycamy tak naprawdę nasze emocjonalne reakcje do poziomu czystej fizjologii, co w istocie jest krzywdą, jaką wyrządzamy sobie sami, każdego dnia.

Poszukujemy prawdy w miejscach, gdzieś poza nami, co już w samym założeniu jest okrutnym błędem.

Za wszelką cenę próbujemy odnaleźć się w rzeczywistości, niejednokrotnie buntując się przeciw regułom, wyrażając otwarty, lub pasywno-agresywny sprzeciw w kierunku siebie, całego świata lub najbliższego otoczenia.

foto.123rf.com

Nieświadomie, poddawani traumie, sami karzemy siebie i innych za swój los, ubierając to w usprawiedliwienia „oko za oko, ząb za ząb”, „pięknym za nadobne”, by później, w poczuciu lęku i niezrozumiałej, wewnętrznej pustki szukać ukojenia w modlitwach i obietnicach raju po śmierci.

Może będziemy mieli okazję spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy i dostrzeżemy, że w gruncie rzeczy jesteśmy uwikłani w samoindukującą się pętlę oszustw, półprawd, manipulacji i wszelkiego, innego rodzaju zła.

Być może zauważymy również, że jedynym więzieniem, jakie jest na nas założone, jest więzienie naszego własnego umysłu.

Podejmiemy próby wyrwania się z niego i może nawet będą one skuteczne.

Może dostrzeżemy stopień uwikłania naszej istoty w faktyczny obraz świata na poziomie nie tylko umysłowym, ale i emocjonalnym.

Że gra toczy się nie tyle o to, co i w jaki sposób robimy, jakie są wyniki naszych działań, ale w głównej mierze o to, z jaką energią te działania wykonujemy.

Wstrząsającym będzie fakt, że zupełnie nie chodzi tutaj o naszą życiową rolę, czy jej wypełnienie.

Jesteśmy zmuszani do działań, dążących do zaspokojenia naszego bytu nie tyle przez autentyczne, nasze, życiowe potrzeby, ile przez regułę, że uczestnictwo w tej wielkiej machinie napędza koniunkturę samą w sobie.

W kontekście całego systemowego tworu jesteśmy jedynie kolejną dodaną cyferką na cyferblacie liczebności populacji.

Tak widzi nas system.

foto.123rf.com

Coś, co z początku wydaje się tylko śmiesznym bajaniem, cała ta gadka o obcych cywilizacjach, energiach, duszach i tak dalej, stanie się być może czymś więcej w obliczu faktu, że  gospodarczy i polityczny konstrukt stanowi jedynie przykrywkę dla o wiele głębszej konspiracji, która ma swoje korzenie właśnie w prawdzie o nas, z której ogłupiona masa śmieje się w głos.

Że chodzi o naszą życiową energię, w różnych nurtach filozoficznych zwaną w różny sposób.

Prana, kundalini, whatever.

Może to wydawać się nieprawdopodobne z perspektywy „zwykłego” człowieka, że oto jego ciało jest najlepiej przystosowaną do odbierania i generowania energii, biologiczną maszyną , że niezależnie od swoich działań jest stale podłączony do Źródła i czerpie z niego nieustannie życiodajną moc.

Dlatego – w świecie – nie jakość tej energii się liczy, a sam fakt jej zaistnienia.

W świecie, gdzie energia jest zaiste towarem deficytowym (z różnych powodów, istnieje idea mówiąca, że tzw. rządzący światem nie mają dostępu do własnej, życiodajnej mocy), każde jej źródło będzie na wagę złota.

Tak więc ciemnogród trwa w najlepsze, na Ziemi pojawiają się piękne, świetlane istoty, które z marszu tłumione są i pacyfikowane w swoich wszystkich, rdzennych, boskich przymiotach i – niestety – dosłownie wysysane jednej z największych uniwersalnych dla

Istnienia wartości. Stwórczej mocy.

Dopóki człowiek nie uświadomi się w tym, że jego codzienność jest w gruncie rzeczy rzeczywistością o podstawach tak nietrwałych, że jeden większy, galaktyczny podmuch może zmieść ją i bez śladu zmazać, dopóty będzie w niej trwał i zasilał ją swoim działaniem.

Nie chodzi o to, aby nawoływać do otwartej wojny z systemem.

Chodzi o to, by zrozumieć, że świat zewnętrzny w systemowej formie, jest nam totalnie zbędny, aby zacząć swój rozwój duchowy.

Ma on na nas oczywisty i namacalny wpływ, ale nie definiuje nas w ogóle.

Tutaj jest sedno sprawy. Największe kłamstwo.

To nie rzeczywistość określa, kim jesteśmy my, to nasza moc polega na określaniu, czym dla nas samych jest rzeczywistość.

Owocnych poszukiwań.

Jeśli wychodzicie poza szklaną kulę, bierzcie ze sobą innych.

Wspólnie możemy więcej, jesteśmy to winni Matce Ziemi.

Czytaj także: JEST NADZIEJA! MOŻESZ PRZERWAĆ SYSTEMOWE PRANIE MÓZGU

WSPARCIE NIEZALEŻNYCH PORTALI

*Niebieską czcionką zaznaczono odnośniki np. do badań, tekstów źródłowych lub artykułów powiązanych tematycznie.